Hard Reset – recenzja

·
2

Hard Reset można z czystym sumieniem nazwać polskim debiutem gatunku FPS na scenie niezależnej. Nie potrafię przytoczyć innej krajowej marki mieszczącej się w tych ramach. Jaka jest produkcja Flying Wild Hog? Nie jest łatwo dać jednoznaczną odpowiedź. Stąd ten artykuł.

Jeszcze zanim przejdziemy dalej warto nadmienić, że samo studio składa się z niezwykle zdolnych ludzi, którzy wcześniej zasilali takie spółki jak CD Projekt RED, City Interactive czy People Can Fly. Czy ma to wpływ na grę? Moim zdaniem tak, ale o tym trochę dalej…
 

Stara szkoła, czyli pierw strzelaj – potem pytaj.
W okół tej marki tworzono usilny wizerunek tego, że jest to gra minionej epoki (mowa o grywalności, nie technice wykonania). Częściowo się z tym zgodzę, ale tylko częściowo. Na „tak” jest system strzelania, stary jak świat i chyba jeden z najdoskonalszych, czyli brak szczerbinki i muszki. Wrogowie nie padają od kilku strzałów w głowę, wszystko po staremu.
System życia też jest staro-szkolny, regeneracja jest znikoma, więc trzeba biegać i zbierać apteczki. Jest jedno „ale”, system tarczy jest już stanowczo new-age’owy. To znacznie ułatwia grę, a na późniejszych etapach przy odpowiednim doborze umiejętności, prawie zastępuje system życia.

No właśnie – umiejętności, kolejna nowoczesna rzecz. Eh. Jeżeli chodzi o nowości, które nie psują klimatu old-sqlu to na plus jest możliwość wykorzystania środowiska do unicestwiania sztucznej inteligencji. Bardzo fajne i nieco innowacyjne. Chociaż wiele osób traktuje to jak rozwinięcie wybuchających beczek (najczęściej koloru czerwonego), które występują w grach od dobrych paru lat. Od niedawna również w literaturze :)
 

Fabuła, czyli historia w tle
Cyber-Punk. XXV wiek. Ludzkość na skraju wyginięcia ukrywa się w ogromnych miastach, które odgrodzone zostały od reszty świata specjalnymi barierami. Głównym zagrożeniem jest sztuczna inteligencja, roboty wszelkie maści. Stworzone przez człowieka obróciły się przeciw niemu. Większość z ludzi ocalałych trzymana jest w formie wirtualnej w pamięci banku danych, zwanego Sanktuarium. Do którego obrony utworzony został oddział Korporacji C.L.N. na którego czele stajesz Ty – major Fletcher. Cel: Chronić Sanktuarium, za wszelką cenę.

Przysiadając do Hard Reset zastanawiały mnie dwie rzeczy: skąd ten tytuł oraz czy w ogóle zauważę jakąś fabułę. Co najciekawsze: odpowiedź na pierwsze pytanie, była jednocześnie rozwiązaniem drugiego. Nazwa tytułu wzięła się bowiem od pewnej umiejętności głównego bohatera, która ujawnia się gdzieś w okolicach środka historii.

Jak na pierwszoosobowego shootera: Fabułę uznaję za widoczną i do tego całkiem sensowną! Przyznaje, że całość trzyma się kupy i nieco wyjaśnia szwendanie się po nowych lokacjach. Więcej Wam nie powiem, bo popsułbym przyjemność z gry.
 

Wrogowie, czyli bestiariusz (robotariusz?)
Przeciwnicy są bardzo liczni, zarówno jeżeli mowa o ich ilości, jak i o gatunkowości. Najmniejsi przypominają gryzonie. Atakują po piętach w licznym stadzie, licząc na to, że ich nieco więksi bracia odciągną Twoją uwagę. Z serii mini, mamy jeszcze samobójcze bombki. Sztuczna inteligencja pozwala im jedynie na przytulenie nas, jednak w trakcie wybuchają z radości. Robot kamikaze potrafi być najbardziej irytujący, potrafi ostro napsuć krwi, ale można go wykorzystać do zniszczenia jego kompanów.

Przechodzimy do średniaków. Najpopularniejszy będzie tutaj robot-goryl. W zasadzie sama nazwa określa jego posturę i zachowanie. Wszystko jest fajnie, dopóki nie odwiedzi nas kilku takich. W tej wadze znajdzie się jeszcze kilka rodzajów robotów, od chodzącej artylerii, po szybkie strzelające cosie. Też występują licznie, często atakują z daleka, ale mają kiepskie pancerze.

Czas na wagę ciężką. Tutaj można zaliczyć wszelkie mini-bossy oraz prawdziwe bossy. Najciekawszym z nich jest Atlas, który patrzy na nas z wysokości kilku pięter. Oczywiście logiczne jest to, że jest bardzo silny, lecz niestety bardzo powolny. Większość czasu, atakować nas będzie z dystansu. Stosunkowo łatwo go rozwalić przy odpowiednim doborze ulepszeń broni. Tego jednak Wam nie zdradzę. Mini-bossem, który zapadł mi w pamięć jest maszyna podwieszona do sufitu w małym pomieszczeniu. Jej zniszczenie polegało na atakowaniu odpowiednich słabych punktów, jednak ona znacznie to utrudniała. I to chyba na tyle!

Stuff, czyli uzbrojenie i ulepszenia
Formalnie mamy tylko dwie bronie. Pierwsza z nich to broń tradycyjna, czyli wystrzeliwująca materialne pociski. Druga natomiast to broń energetyczna , która wyrzuca z siebie kule plazmowe. Do każdej z tych broni możemy zamontować po kilkanaście upgrade’ów. W sumie otrzymujemy, więc po pięć podbroni. Każda z nich ma możliwość ognia alternatywnego. Zatem sumując mamy ~20 różnych trybów ognia.

Dla przykładu: Do broni plazmowej możemy dokupić ulepszenie „moździerz”, które pozwala wystrzeliwać kule energii osiadające na powierzchniach i emitujące obrażenia obszarowe. Do tego ulepszenia natomiast możemy dokupić alternatywny tryb ognia, zatrzymujący wrogów w obszarze na kilka sekund, oraz modyfikacje zwiększającą obrażenia.

Do całej puli dochodzą jeszcze ulepszenia taktyczne, zwiększające ilość życia/tarczy/amunicji/inne pasywne wartości.
 

Rozgrywka
Teraz najciekawsze, czyli rozgrywka. Hard Reset jest bardzo liniowym shooterem, zatem chodzić będziemy po tzw. sznurku. Od celu do celu. Ułatwieniem jest strzałka pokazująca w którą stronę powinniśmy się udać. Można ją wywołać odpowiednim klawiszem. Jeżeli chodzi o elementy zaskoczenia w formie wrogów to nie mamy czego się bać. Odpowiednia, klimatyczna muzyka daje znać o ataku zanim jeszcze zobaczymy przeciwnika.

Skoro już mowa o walkach, to sam system strzelania jest prosty i przyjemny. Zarówno tryb ognia (podbroń), jak i samą broń można zmienić bardzo szybko. W tej kwestii uczepić mogę się jedynie tego, że bez większego obeznania ciężko jest rozróżnić jakim rodzajem pocisku wywalimy we wroga. Ja sądzę, że Wy wiecie o czym ja mówię. Na ostatnich etapach nie ma się z tym większego problemu.

Wykorzystanie elementów otoczenia do siania zniszczenia w legionach wrogów. Brzmi groźnie. I słusznie, bo tak jak wcześniej wspominałem, koncepcja „wybuchających beczek” została w Hard Reset rozwinięta. Można powiedzieć, że osiągnęła poziom wyżej. Na mapach mnóstwo jest elementów, niestety dosyć powtarzalnych, które można wykorzystać w prosty sposób jako wsparcie. Od beczek, przez jakieś elektroniczne urządzenia, po klimatyczne samochody. Niestety powtarzalność tych elementów jest przytłaczająca. Co prawda refleksja nad tym naszła mnie w okolicy 3-4 chaptera, ale potem nie dawało mi to spokoju.

Mimo tej powtarzalności elementów z którymi możemy wejść w reakcję, same lokacje są raczej świeże. Momentami walczymy na zewnątrz, czasami w ciasnych korytarzach czy podziemiach metra. Nie czułem, że zwiedzam jakieś miejsce po raz drugi, a jedyne co się zmieniło to układ skrzynek. To jest duży plus.
 

Oprawa
O tym raczej krótko, bo na scenie gier niezależnych liczy się grywalność. Co prawda nad niezależnością tytułu Flying Wild Hog można nieco spekulować – ja jednak nie podaję tego wątpliwości. Grafika jest znakomita, pogrywałem na maksymalnych detalach i nie mam tutaj czego się uczepić. Dźwięki zaliczam również do pozytywnych, są klimatyczne i ostrzegają o ewentualnym niebezpieczeństwie. Wiele osób skarżyło się na przeciętną optymalizację. Osobiście nie miałem z tym żadnych problemów, więc potwierdzić tego nie mogę.

Na duży plus oceniam też cut-scenki. Komiksowy styl pasuje do klimatu, chociaż dialogi okazały się być nieco sztampowe. Niemniej ogląda się to z przyjemnością. Nie pominąłem ani jednej.
 

Fajnie, ale krótko.
Hard Reset zostawia po sobie niedosyt. Nie z powodu jakiś braków technicznych czy błędów. Jest po prostu krótki, 7 epizodów. Z czego czas ukończenia jednego z nich znajdziecie na screenie gdzieś poniżej. Wprawiony gracz może ukończyć ten tytuł w okolicach 3 godzin! czy tylko? To musicie ocenić sami.
Przyznam, że początkowo grałem na poziomie łatwym. Potem podkręciłem nieco AI, ale w ostatnim poziomie zostałem po prostu zgnojony. Wielokrotnie. Dobrze wiecie jak to się skończyło.

Hard Reset jest porządnym, dopracowanym tytułem. Na pewno sprawi sporo radości osobom, które nie kasują gry po jej ukończeniu. Zatem, jest to produkcja dla old-sqlowych graczy.
 


Werdykt


Plusy:
• ma klimat
• cut-scenki w formie komiksu
• rozwinięcie idei eksplodujących beczek
• ulepszenia
• walki z bossami
• oprawa audiowizualna
• sekrety

Minusy:
• krótka!
• powtarzalność zniszczalnych elementów otoczenia
• początkowe problemy z rozróżnieniem broni
• achievements zrobione od niechcenia
• niewyważony poziom trudności
• niewykorzystany potencjał, który widać!!

Ocena końcowa: 80/100

 

Produkcję do recenzji udostępniło nam Gram.pl. Za co serdecznie dziękujemy! ;)